Drzwi zatrzasnęły się za mną, gdy wychodziłem z sypialni z Marią na rękach. Ciężko oddychała, jej oczy były zamglone, a czoło piekło. Zszedłem po schodach, nie oglądając się za siebie. Radu wciąż jęczał na korytarzu. Doina stała nieruchomo z nożyczkami w dłoni, jakby czas się zatrzymał.
Posadziłem ją na tylnym siedzeniu mojej starej Dacii i podłożyłem jej kurtkę pod głowę. Odpaliłem silnik i wyjechałem z podwórka. Nie do prywatnego szpitala dla dziewcząt w okolicy. Do szpitala państwowego, gdzie wiedziałem, że lekarze nie zadają zbędnych pytań w nagłych przypadkach.
Po drodze Maria na chwilę otworzyła oczy.
— Tato… mówili mi, że jestem nic nie wart.
— Kłamiesz, powiedziałem jej. Jesteś warta wszystkiego