Krzepki mężczyzna zszedł po drabinie. Wytarł ręce o dżinsy. Spojrzał na mnie najsmutniejszymi oczami, jakie kiedykolwiek widziałem u mężczyzny jego rozmiarów.
„Musisz być Claire” – powiedział.
„Skąd znasz moje imię?”
„Twoja matka mówiła o tobie codziennie”.
„Kim jesteś? Dlaczego malujesz jej dom? Dlaczego jest różowy?”
Wyciągnął z kieszeni kamizelki złożoną kartkę papieru. Podał mi ją.
„Dała nam ją osiem miesięcy temu” – powiedział. „Zanim stan zdrowia uniemożliwił jej mówienie. Kazała nam to obiecać”.
Otworzyłem ją. Pismo mojej matki. Drżące, ale czytelne.
To była lista. Dwadzieścia trzy pozycje. Ponumerowane. Pierwsza brzmiała:
Pomaluj dom na różowo. Zawsze chciałem, żeby był różowy, ale Ray powiedział, że to wulgarne. Ray już nie żyje, ja też. Pomaluj go na różowo.
Podniosłam wzrok znad gazety. Obserwowałam motocyklistów na schodach. Jaskraworóżowa farba powoli pokrywała mój dom z dzieciństwa.
„Kim jesteś?” wyszeptałam.
„Jesteśmy poniedziałkową ekipą” – powiedział. „Twoja mama robiła nam lunch w każdy poniedziałek przez jedenaście lat. I dbaliśmy o wszystko, czego potrzebowała”.
Nie miałam pojęcia. Nie wiedziałam. A ta lista zawierała jeszcze dwadzieścia dwa przedmioty.
Walt przyniósł mi składane krzesło, bo wyglądałam, jakbym miała się przewrócić. Postawił je na ganku, a ja siedziałam tam w ciemności, patrząc, jak obcy ludzie malują dom mojej mamy, podczas gdy on mi wszystko opowiadał.
Wszystko zaczęło się jedenaście lat temu. Motocykl Walta zepsuł się na wiejskiej drodze, jakieś półtora kilometra stąd. Poszedł pieszo do najbliższego domu. Domu mojej mamy.