Jacyś motocykliści pomalowali dom mojej matki na różowo po jej śmierci o godzinie 4 rano, a ja nie znałem żadnego z nich.

O czwartej rano motocykliści malowali dom mojej mamy na różowo, a ja nie znałem żadnego z nich. Naliczyłem dziewięciu. Nie znałem ani jednego.

Moja mama zmarła we wtorek. Rak trzustki. Miała 67 lat. Przyleciałem z Seattle na pogrzeb i zostałem w domu, żeby zająć się domem.

Nie byłem w domu od trzech lat. Moja mama i ja nie byliśmy już sobie bliscy. Każdy z nas miał swoje powody. Planowałem podpisać kilka papierów, opróżnić jej mieszkanie i wystawić je na sprzedaż do piątku.

Dom był w gorszym stanie, niż sobie wyobrażałem. Farba łuszczyła się płatami. Rynny były poluzowane. Balustrada na ganku była kompletnie spróchniała. Chorowała od ponad roku i nikt nie mógł jej utrzymać.

A przynajmniej tak mi się wydawało.

Pierwszej nocy zasnąłem na jej kanapie, otoczony pudłami. Obudziłem się o czwartej rano, słysząc dźwięk czegoś skrobanego o zewnętrzną ścianę.

Wyjrzałem przez okno i serce mi o mało nie stanęło.

Wzdłuż ulicy stały zaparkowane motocykle. Co najmniej dziewięć. I mężczyźni stali na drabinach. Na ganku. Wzdłuż boku domu. W ciemności. Z lampami roboczymi przymocowanymi do sztalug.

Malowali dom mojej mamy. Na różowo.

Nie łososiowo. Nie na przykurzony róż. Jaskrawy, wyrazisty, nieomylny róż.

Chwyciłem telefon i miałem dzwonić pod 911. Wtedy jeden z nich zobaczył mnie w oknie. Wysoki, krępy mężczyzna. Siwa broda. Wałek do malowania w dłoni.

Nie uciekł. Po prostu skinął głową i wrócił do malowania.

Wyszedłem w piżamie. Boso. Trzęsąc się z zimna.

„Co robisz?” zapytałem.