„Tak” – odpowiedział bez wahania. „Będę cię chronił. Będę się tobą opiekował. I postaram się być godny ciebie”.
„I postaram się, żeby ta sytuacja była znośna dla nas obojga”.
Przypieczętowaliśmy umowę uściskiem dłoni, jego ogromna dłoń objęła moją, ciepła i zaskakująco delikatna. Radykalne rozwiązanie mojego ojca nagle wydało się mniej niemożliwe.
Ale co stało się później? Czego dowiedziałem się o Josiahu w kolejnych miesiącach. Wtedy ta historia przybiera nieoczekiwany obrót.
Umowa formalnie weszła w życie 1 kwietnia 1856 roku.
Mój ojciec odprawił skromną ceremonię – nie był to legalny ślub, ponieważ niewolnicy nie mogli się żenić, a już na pewno nie taki, który uznałoby białe społeczeństwo – ale zebrał służbę, przeczytał kilka wersetów biblijnych i oznajmił, że Josiah odtąd będzie się mną opiekował.
„Porozmawiajcie z moim autorytetem o losie Eleanor” – powiedział mój ojciec wszystkim obecnym. „Traktuj go z szacunkiem, na jaki zasługuje takie stanowisko”.
Przygotowano dla Josiaha pokój sąsiadujący z moim, połączony drzwiami, ale oddzielny, aby zachować pozory przyzwoitości. Przeniósł tam swoje skromne rzeczy osobiste z kwatery niewolników: kilka ubrań, kilka potajemnie zgromadzonych książek, narzędzia z kuźni.
Pierwsze kilka tygodni było niezręcznych. Dwoje obcych ludzi próbowało odnaleźć się w beznadziejnej sytuacji. Byłam przyzwyczajona do pomocy pokojówek. On był przyzwyczajony do ciężkiej pracy. Teraz odpowiadał za intymne sprawy. Pomagał mi się ubierać, nosił mnie, gdy wózek inwalidzki nie działał, zajmował się sprawami, o których nigdy nie wyobrażałam sobie rozmawiać z mężczyzną.
Josiah jednak do wszystkiego podchodził z niezwykłą delikatnością. Kiedy musiał mnie podnieść, najpierw pytał o pozwolenie. Kiedy pomagał mi się ubierać, unikał wzroku, kiedy tylko mógł. Kiedy potrzebowałam pomocy w sprawach osobistych, dbał o moją godność, nawet gdy sytuacja była z natury niestosowna.
„Wiem, że to niezręczna sytuacja” – powiedziałam mu pewnego ranka. „Wiem, że tego nie wybrałaś”.
„Ty też nie”. Przestawiał moją półkę z książkami. Wspomniałam, że chcę, żeby była ułożona alfabetycznie, a on się tym zajął. „Ale dajemy radę”.
„Naprawdę?”
Spojrzał na mnie, jego imponująca postać wydawała się niegroźna, gdy klęczał przy półce. „Ellaner, całe życie byłem niewolnikiem. Pracowałem w upale, który zabiłby większość mężczyzn. Byłem bity za swoje błędy, sprzedawany i wypędzany przez rodzinę, traktowany jak dźwięczny wół”. Wskazał gestem na wygodny pokój. „Mieszkanie tutaj, troszczenie się o kogoś, kto traktuje mnie jak człowieka, dostęp do książek i rozmów… To nie jest cierpienie”.
„Ale nadal jesteś niewolnikiem”.
„Tak, ale wolałbym być niewolnikiem tutaj z tobą niż wolnym, ale samotnym gdzie indziej”. Wrócił do czytania książek. „Czy to źle, że tak mówię?”
„Nie sądzę. Myślę, że to szczere”.
Ale oto, czego mu nie powiedziałam. Czego wciąż nie mogłam przyznać przed sobą. Zaczynałam czuć coś. Coś niemożliwego. Coś niebezpiecznego.
Pod koniec kwietnia wypracowaliśmy sobie rutynę. Rano Josiah pomagał mi w przygotowaniach, a potem zabierał mnie na śniadanie. Potem wracał do kuźni, a ja zajmowałam się rachunkami domowymi. Po południu wracał i spędzaliśmy razem czas.
Czasami obserwowałam go przy pracy, zafascynowana tym, jak przemienia żelazo w użyteczne przedmioty. Czasami mi czytał, a jego czytanie znacznie się poprawiło dzięki dostępowi do biblioteki mojego ojca i moim prywatnym lekcjom. Wieczorami rozmawialiśmy o wszystkim: o jego dzieciństwie na innej plantacji, o matce, którą sprzedano, gdy miał dziesięć lat, i o jego marzeniach o wolności, które wydawały się nieosiągalne.
A ja mówiłam o mojej matce, która zmarła, gdy się urodziłam. O wypadku, który mnie sparaliżował, o poczuciu uwięzienia w ciele, które nie działało, i społeczeństwie, które mnie nie chciało. Byliśmy dwojgiem wyrzutków, którzy znaleźli pocieszenie w swoim towarzystwie.
W maju coś się zmieniło. Obserwowałem Josiaha pracującego w kuźni, rozgrzewającego żelazo do czerwoności, a następnie nadającego mu kształt precyzyjnymi uderzeniami.
„Myślisz, że mógłbym spróbować?” – zapytałem nagle.
Zdziwiony podniósł wzrok. „Spróbować czego?”
Aby kontynuować czytanie, kliknij (DALEJ) poniżej!