„Dobrze” – powiedział, przeglądając grubą teczkę z niejednoznacznymi wynikami testów. „Chciałbym zbadać Leo w samotności przez kilka minut, jeśli to w porządku. Czasami dzieci otwierają się bardziej bez publiczności”.
Uśmiech Helen zmarszczył się na ułamek sekundy, zanim gładko się zgodziła. „Oczywiście, doktorze. Jakkolwiek pan uważa za najlepsze”.
Gdy drzwi się zamknęły, dr Evans postawił Leo na stole zabiegowym. Zrobił z tego zabawę, pozwalając Leo osłuchać własne serce stetoskopem. „Dobrze, panie Lion, niech pan usłyszy ryk” – powiedział ciepłym, żartobliwym głosem. Leo, który od tygodni nie uśmiechał się szczerze, zachichotał cicho.
Kiedy dr Evans delikatnie obmacywał jego brzuch, zadał proste, otwarte pytanie. „Coś ostatnio dziwnie smakowało, kolego? Coś obrzydliwego?”
Wesoły nastrój Leo zniknął. Rozejrzał się po pokoju, jakby sprawdzał, czy nie ma szpiegów, a potem nachylił się do ucha lekarza. Jego głos był cichym, konspiracyjnym szeptem.
„Zupa babci” – wyszeptał. „Wkłada do niej… senne liście z ogrodu. Mówi, że to jej sekretna przyprawa”.
Senne liście. To dziecinne zdanie wstrząsnęło dr. Evansem. Zachował neutralny wyraz twarzy, ale jego myśli krążyły w zawrotnym tempie. Przypomniał sobie Helen na korytarzu, chwalącą się swoim „nagradzanym angielskim ogrodem”. Wyobraził sobie kartę Leo: chroniczne zmęczenie, nudności, ból brzucha. Objawy, same w sobie tak irytująco niejasne, nagle ułożyły się w przerażająco konkretny wzór. To były klasyczne objawy kumulacyjnego zatrucia niskimi dawkami pospolitych, ale toksycznych roślin ozdobnych. Roślin takich jak naparstnica czy oleander, znanych z pięknych kwiatów i silnych glikozydów nasercowych. „Uśpione liście” mogłyby być dziecięcym określeniem czegoś, co wprawiało go w letarg, co sprawiało, że jego serce… biło wolno. Szept nie był fantazją. To była wskazówka.