Przez siedem lat opiekowałam się Doną Marlene, starszą kobietą mieszkającą w mojej okolicy, która, mimo że była zamożna, została całkowicie porzucona przez własną rodzinę.
Jej dzieci pojawiły się tylko na tyle długo, by zabrać jej pieniądze, a potem zniknęły.
Zawsze czekała przy oknie na uczucie, uwagę — na jakikolwiek gest miłości, który nigdy nie nadchodził.
Dona Marlene miała majątek, lecz nie miała uczuć.
Z czasem stała się dla mnie jak rodzina.
Razem gotowaliśmy, graliśmy w karty, rozmawialiśmy godzinami. Udzielała mi rad, a ja dotrzymywałem jej towarzystwa. Stopniowo jej dom stał się jedynym miejscem, w którym czułem się jak w domu.
Ja, który nie miałem już nikogo na świecie, znalazłem w niej powód, by iść dalej.
Kilka tygodni temu Doña Marlene zmarła.
Na stypie pojawiła się rodzina z udawanymi łzami.