Deszcz nie padał, lecz był tak silny, że aż walił.
Przesiąkał ulice, aż miasto wydawało się mniejsze, cięższe, jakby samo miasto Meksyk wstrzymywało oddech. Ten rodzaj deszczu nie tylko moczy ubrania; przenika do starych ran, do wspomnień, które, jak się myślało, zostały już zabliźnione. I tej nocy, stojąc pod blaskiem szklanego wieżowca, który rozdzielał chmury na pół, wiedziałem, że burza nie była przypadkowa.
To było osobiste.