Pisk opon rozbrzmiewał ostro na Avenida Insurgentes.
Diego Salazar gwałtownie zahamował, uderzając klatką piersiową w pas bezpieczeństwa i pozbawiając go powietrza. Za nim zawyły klaksony, gniewne i niecierpliwe, ale ich nie słyszał. Nie widział ruchu ulicznego. Jego świat zawęził się do pojedynczego, nie do zniesienia widoku na chodniku.
Zniszczony metalowy wózek powoli sunął po krawężniku, pchany przez śmieciarza. A na nim – chuda, zgarbiona, owinięta warstwami brudu niczym porzucone rzeczy – siedziała kobieta z potarganymi włosami i pustym, odległym spojrzeniem.
Krew Diego zrobiła się zimna.
„Nie… nie, to nie może być prawda…”
Otworzył drzwi samochodu i wysiadł, nie wyłączając silnika, nie przejmując się, że jego dopasowany garnitur ociera się o lakier. Szedł naprzód, jakby przyciągany przez coś, czemu nie mógł się oprzeć, z sercem bijącym tak mocno, że aż bolało.
To była ona.
Carmen.
Jego matka.
Nieobecny od dziewięciu dni. Zaginiony. Kobieta, która samotnie wychowywała go w Iztapalapa po śmierci ojca. Kobieta, która gotowała rano, sprzątała po południu i prasowała ubrania do późnej nocy, żeby jej syn mógł zostać w szkole. Kobieta, którą przysiągł chronić na zawsze w dniu, w którym jego firma w końcu go wzbogaciła.