Rzuciła papiery na moją tacę.
„Karen nie może mieć dzieci” – powiedziała beznamiętnie. „Potrzebuje dziedzica. Dasz jej jedno z bliźniaków. Chłopca. Dziewczynkę możesz sobie zatrzymać”.
Przez kilka sekund nie mogłam nawet przetworzyć tego, co powiedziała.
„Zwariowałaś” – wyszeptałam. „To moje dzieci”.
„Przestań histeryzować” – warknęła, ruszając w stronę łóżeczka Noaha. „Jesteś najwyraźniej przytłoczona. Karen czeka na dole”.
Gdy jej dłoń wyciągnęła się w jego stronę, coś pierwotnego zapłonęło we mnie.
„Nie dotykaj mojego syna!”
Ignorując przeszywający ból skaleczenia, rzuciłam się do przodu. Obróciła się, a ja dotknęłam jej twarzy. Moja głowa uderzyła o poręcz łóżka z głuchym łoskotem.
„Niewdzięczna!” – syknęła, unosząc Noaha, który zaczął płakać. „Jestem jego babcią. Sama zdecydowałam, co jest dla niego najlepsze”.
Drżącymi palcami wcisnęłam przycisk bezpieczeństwa zamontowany obok mojego łóżka.
Alarmy włączyły się natychmiast. W ciągu kilku sekund wkroczyła ochrona szpitala, na czele z komendantem Danielem Ruizem.
Wyraz twarzy Margaret zmienił się w jednej chwili.
„Jest niestabilny!” krzyknęła dramatycznie. „Próbował skrzywdzić dziecko!”.
Komendant Ruiz rozejrzał się po scenie: moja rozcięta warga, mój kruchy stan pooperacyjny, a potem elegancko ubrana kobieta tuląca mojego płaczącego syna.
Jego wzrok spotkał się ze mną.
Nagle się zatrzymał.
„Sędzia Carter?” mruknął.
W sali zapadła cisza.
Margaret zamrugała zmieszana. „Sędzio? O czym pan mówi? Pan nawet nie pracuje”.
Komendant Ruiz natychmiast się wyprostował, zdejmując czapkę w geście szacunku. „Wysoki Sądzie… jest pan ranny?”
Starałam się mówić spokojnie. „Napadła na mnie, a ja próbowałam wydostać mojego syna z tego zamkniętego ośrodka. Do tego złożyła fałszywe oskarżenie”.
Zachowanie komendanta całkowicie się zmieniło.
„Proszę pani” – powiedział do Margaret – „właśnie dopuściła się pani napaści i usiłowała porwania w odizolowanym skrzydle medycznym”.
Jej opanowanie legło w gruzach. „To absurd. Mój syn powiedział mi, że pracuje z domu”.
„Ze względów bezpieczeństwa” – odpowiedziałam spokojnie, ocierając krew z wargi – „zachowuję niski status publiczny. Przewodniczę federalnym sprawom karnym. Dzisiaj okazuje się, że padłam ofiarą jednej z nich”.
Spojrzałam Ruizowi w oczy.
„Aresztujcie ją. Wniosę oskarżenie”.
Gdy funkcjonariusze chwycili ją za nadgarstki, do sali wbiegł mój mąż, Andrew Whitmore.
„Co się dzieje?”
„Próbowała zabrać Noaha” – powiedziałem spokojnie. „Twierdzi, że na to pozwoliłeś”.
Andrew zawahał się tylko przez sekundę, ale to wystarczyło.
„Nie wyraziłem na to zgody” – odparł szybko. „Po prostu… nie protestowałem. Pomyślałem, że moglibyśmy to omówić”. „
Mówisz o oddaniu naszego syna?” – zapytał.
„To moja matka!”
„A to moje dzieci”.