Nauczycielka oskarżyła ucznia o kradzież na oczach całej klasy i zażądała od jego ojca pieniędzy, aby „po cichu załatwić sprawę” — nie wiedziała jednak, że ojciec był pułkownikiem.

Telefon zadzwonił w najgorszym możliwym momencie.

Siedziałam w kuchni, mamrocząc pod nosem, próbując naprawić drzwiczki szafki, które wisiały krzywo od tygodni. Śruba nie chciała się zatrzasnąć. Śrubokręt ciągle się wyślizgiwał. Moja cierpliwość – i tak już na wyczerpaniu, jakie rozumieją tylko samotni rodzice – się skończyła.

Wtedy na moim telefonie pojawił się numer szkoły.

Moja ręka zamarła wokół narzędzia.

Odebrałam, trzymając telefon między ramieniem a uchem i wciąż wpatrując się w uparty zawias, jakby mnie osobiście uraził.

„Czy jesteś ojcem Alejandro Garcíi?” – warknął kobiecy głos – ostry, niecierpliwy, już przekonany, że ma rację.

„Tak” – powiedziałem. „Co się stało?”

„Państwa syn dopuścił się kradzieży” – powiedziała bez wahania. „Proszę natychmiast przyjść do sali B205. Panie García…” – jej ton zmienił się na łagodniejszy, bardziej opryskliwy – „Zdecydowanie radzę panu przynieść gotówkę. Kwota nie jest mała. Jeśli nie chce pan, żeby sprawa trafiła na policję lub do opieki społecznej, możemy to załatwić tutaj”.