Na zjeździe absolwentów dziewczyna, która kiedyś mnie dręczyła, podsunęła mi resztki jedzenia i zaśmiała się. Lata temu upokorzyła mnie publicznie. Teraz obnosi się ze swoim bogactwem i mnie nie poznaje. Kładę wizytówkę na jej talerzu i mówię spokojnie: „Przeczytaj moje nazwisko. Masz trzydzieści sekund”.

W hotelowej sali balowej panował przesadny śmiech, brzęk kieliszków i nostalgia, która wydawała się bardziej teatralna niż prawdziwa. To było moje spotkanie absolwentów – dwadzieścia lat później. Nie planowałem tam być, ale coś cichego we mnie, potrzeba, której nie potrafiłem nazwać, popchnęło mnie do przyjęcia zaproszenia.

Wślizgnąłem się niepostrzeżenie. Prosty garnitur. Spokojna postawa. Bez wysiłku, żeby się wyróżnić.
Nikt mnie nie rozpoznał. Dokładnie tak, jak chciałem.