W hotelowej sali balowej panował przesadny śmiech, brzęk kieliszków i nostalgia, która wydawała się bardziej teatralna niż prawdziwa. To było moje spotkanie absolwentów – dwadzieścia lat później. Nie planowałem tam być, ale coś cichego we mnie, potrzeba, której nie potrafiłem nazwać, popchnęło mnie do przyjęcia zaproszenia.
Wślizgnąłem się niepostrzeżenie. Prosty garnitur. Spokojna postawa. Bez wysiłku, żeby się wyróżnić.
Nikt mnie nie rozpoznał. Dokładnie tak, jak chciałem.