Matki z małymi dziećmi na rękach.
Zmęczeni mężczyźni o spierzchniętych dłoniach.
Wszyscy jedli w milczeniu.
Elżbieta stała z przodu, w krzywo zawiązanym fartuchu, wyjmując z toreb zapiekanki, chleb, konserwy. Uśmiechała się. Wołała je po imieniu. Głaskała dzieci po głowach. Większe porcje nakładała tym, którzy wydawali się słabsi.
— Chodź, matko Joano, zjedz wszystko, przyniosę więcej — powiedziała cicho.
Andriej poczuł, jak miękną mu kolana.