Pojawiło się w pobliżu tego samego rogu, z tą samą ostrożnością, zatrzymując się co kilka kroków, by mu się przyjrzeć. Bruno już oczekiwał jego wizyty. Potajemnie odłożył sobie małą porcję chleba, mimo że oznaczało to jeszcze większy głód. Gdy zwierzę podeszło wystarczająco blisko, podał mu ją.
„Nie przyzwyczajaj się” – powiedział z łamanym półuśmiechem. „Mam mniej jedzenia niż trup”.
Szczur wziął kawałek i zamiast natychmiast uciec, pozostał tam jeszcze kilka sekund. Bruno pochylił się lekko, zaintrygowany. Zwierzę miało starą bliznę na grzbiecie i nacięcie w lewym uchu. Nie był to przestraszony szczeniak; to był ocalały.
Od tego czasu odwiedzała go każdej nocy.
Bruno w końcu do niego przemówił.
Nie dlatego, że uważał, że oszalał – choć czasami w to wątpił – ale dlatego, że w ciszy celi ta mała istota stała się jedyną żywą istotą, która przychodziła do niego bez nienawiści i pogardy.
„Dziś przypomniałem sobie dziedziniec dworu” – powiedział jej pewnej nocy. „Drzewa cytrynowe wiosną. Czysta woda w fontannie. Jakie to dziwne, że ciało pamięta o tym, kiedy jest bliskie śmierci”.
Pewnej nocy powiedział jej:
—Nazywał się Gaston. Chciałabym móc go mniej nienawidzić. Chciałabym przestać wyobrażać sobie jego ręce chowające pierścionek pod moim materacem.
I jeszcze jedno:
—Wiesz co? Najgorszy nie jest głód. Najgorsze jest to, że nikt mi nie uwierzył. Ani jedna osoba.
Szczur obserwował go, jadł, znikał i wracał. Czasami, zanim odszedł, ocierał pyszczek o jego palce. Bruno zaczął na niego czekać jak ktoś, kto czeka na dzwon kościelny w środku burzy.
Nadeszła zima, a przynajmniej tak mu się zdawało, sądząc po coraz silniejszym zimnie, który zaczął przenikać przez kamienie. W tym więzieniu nie było widać pór roku, tylko zmiany temperatury i nastrojów strażników. Jeden z nich, młody mężczyzna o surowej twarzy imieniem Esteban, niechcący zdradził wiadomość, która przyprawiła Brunona o szybsze bicie serca.
„Na dole nie ma już miejsca” – powiedział mu inny strażnik, mijając celę. „Gubernator chce zrobić porządki przed wizytą arcyksięcia”.
„To niech zaczną od tych, którzy gniją bez prawomocnego wyroku” – odparł Esteban. „Złodziej pierścieni może pójść na szubienicę o świcie w czwartek. Nikt nie będzie za nim tęsknił”.
Bruno miał wrażenie, że świat w jego wnętrzu zamarzł.
Szubienica.
Do tej chwili był człowiekiem pogrzebanym żywcem. Teraz miał koniec z datą i godziną.
Kiedy kroki strażników ucichły, siedział nieruchomo na ziemi, nie mogąc porządnie oddychać. Czwartek. O świcie. Zostały mu zaledwie dwie noce.
Próbował się modlić, ale słowa łamały mu się w ustach. Próbował zasnąć, ale za każdym razem, gdy zamykał oczy, widział linę, rusztowanie, zadowoloną twarz Gastona kontemplującą rezultat swojej pracy. Ogarnęło go drżenie, którego nie potrafił opanować.
Tej nocy, gdy pojawił się szczur, Bruno ledwo miał siłę się ruszyć.
„To już koniec, przyjacielu” – powiedział ochryple. „Zabiją mnie”.
Zwierzę, jak zwykle, zbliżało się powoli. Bruno upuścił przed nią cały chleb, który mu dano.
Wszystko.
„Proszę” – wyszeptała. „Już nie będzie mi potrzebne”.
Szczur podszedł do kawałka, ale nie ugryzł go od razu. Powąchał powietrze, potem Bruno, potem znowu chleb. W końcu złapał go i pobiegł w stronę szczeliny.
Bruno uśmiechnął się smutno.
—Dobry wybór. Zrobiłbym to samo.
Oparła głowę o ścianę i zamknęła oczy. Łzy cicho spływały jej po twarzy.
Nie płakała tylko za śmiercią.
Płakała za niesprawiedliwością.
Za zszarganym imieniem.
Za ulicami miasta, po których już nigdy nie będzie chodzić.
Za nieznośną możliwością, że świat będzie się kręcił dalej, jakby nic się nie stało, po powieszeniu niewinnego człowieka.
A jednak pośród tego całego załamania w jego sercu zrodziła się mała myśl.
Podzielił się swoim chlebem.
Przemówił do pogardzanego stworzenia.
Zachował do ostatniego dnia coś na kształt współczucia.
Być może to było wszystko, czego można było od niego oczekiwać w tym życiu.
Być może nie wydarzyłby się żaden cud.
Być może znakiem Bożym nie byłoby jego ocalenie, ale to, by nie pozwolił mu umrzeć, stając się takim samym jak jego oprawcy.
Bruno zasnął na wilgotnej słomie.
Nie wiedział, ile czasu minęło, aż obudził go inny hałas.
To nie była kapiąca woda.
To nie były odległe kroki strażnika.
To nie było zwykłe skrzypienie krat.
Był to cichy, powtarzający się dźwięk stukania.
Otworzył oczy.
Szczur był przed nim, zdenerwowany i gryzł coś, co z wysiłkiem ciągnął.
Bruno usiadł, zdezorientowany. Zwierzę miało między zębami kawałek czerwonego materiału ze złotymi brzegami. Podarty, brudny, ale z cienkiego, szlachetnego materiału, takiego, jaki nie istniał w podziemnym więzieniu.
Szczur rzucił pajęczynę przed siebie, po czym pobiegł w stronę szczeliny, zatrzymując się, by na niego spojrzeć. Cofnął się o krok, jakby zapraszając go, by poszedł za nim. Potem zniknął.