W drodze na pogrzeb syna Margaret słyszy głos z przeszłości dochodzący z głośników samolotu. To, co zaczyna się jako podróż pełna żalu, przybiera nieoczekiwany obrót, przypominając jej, że nawet w obliczu straty życie może odzyskać sens.
Mam na imię Margaret i mam 63 lata. W zeszłym miesiącu poleciałam do Montany, żeby pochować syna.
Robert oparł dłoń na kolanie, poruszając palcami, jakby próbował wygładzić coś, co nie chciało leżeć płasko. Zawsze był tym, który naprawia – tym z taśmą klejącą i planem.
Ale dziś ani razu nie wypowiedział mojego imienia.
Tego ranka, siedząc w tym wąskim rzędzie siedzeń, czułem się jak ktoś, kogo kiedyś znałem. Oboje straciliśmy tę samą osobę, a jednak nasz smutek płynął oddzielnymi, cichymi strumieniami, nigdy do końca się nie dotykając.
„Czy chciałabyś wody?” zapytał łagodnie, jakby samo pytanie mogło mnie uchronić przed rozpadem na kawałki.
Pokręciłem głową. Moje gardło było zbyt suche na cokolwiek.