Pracowałam z nimi.
Posadziliśmy krzewy róż wzdłuż płotu, skąpane w porannym słońcu. Eddie naprawił rurę za murem. Danny zbudował ławkę pod dębem. Daliśmy Rayowi jego ubrania i wyrzuciliśmy jego zieloną kurtkę.
Oddałam książki z biblioteki. Pani Patterson w recepcji powiedziała mi, że grzywna dla mojej mamy wynosi 47,60 dolara. Zapłaciłam. Podstemplowała książki, a potem wyjaśniła, że moja mama czytała dzieciom bajki w bibliotece w każdą sobotę rano.
Też o tym nie wiedziałam.
W czwartek opróżniłyśmy strych. Tam znalazłam pudła.
Nie pudła po przeprowadzce. Pudełka po butach. Dwanaście. Opisane według roku. Zaczynając od roku, w którym wyprowadziłam się z domu.
Otworzyłam pierwsze. W środku były zdjęcia, wydruki moich postów z mediów społecznościowych, artykuł z gazety zapowiadający mój awans, menu z restauracji, którą prowadziłam, i ulotka zorganizowanej przeze mnie akcji charytatywnej.
„Co mam teraz zrobić?” zapytałam.
„Rób, co chcesz. Zawsze tak mówiła. Mówiła: »Rób, co chcesz, Claire. To twoje życie. Żyj nim«”.
Przed mną majaczył różowy dom. Dom mojej matki. Teraz mój dom.
Pomyślałam o Seattle. O moim mieszkaniu. O mojej pracy. O moim szalonym, skrupulatnie zaplanowanym życiu, 3200 kilometrów od wszystkiego, przed czym uciekłam.
Potem pomyślałam o poniedziałku. O obiedzie przy tym stole. O dziewięciu motocyklistach, którzy przychodzili co tydzień przez jedenaście lat, bo pewna kobieta kupiła kiedyś nieznajomej lemoniadę.
„Walt?”
„Tak?”
„Co byś zjadł? Na poniedziałek”.
Spojrzała na mnie. Jej oczy błyszczały.
„Twoja mama robiła pieczeń”. „Nie umiem gotować pot-au-feu”.
„Nauczę cię. Ona nauczyła mnie”.
Wybuchnęłam śmiechem. To był nagły śmiech. Ten chrapliwy, mokry, absurdalny śmiech.
„Czy moja mama nauczyła motocyklistę, jak zrobić pot-au-feu?”
„Twoja mama wiele nas nauczyła”.
Siedzieliśmy na tej ławce aż do zachodu słońca. Różowy dom lśnił w ostatnich promieniach słońca. Krzewy róż czekały, zasadzone w ziemi. Dąb kołysał się na wietrze nad nami.
W środku kuchnia mojej mamy była czysta. Słoiki z przyprawami były opisane. Stół był nakryty na dziesięć osób. Drzwi nie były zamknięte.
Zawsze były.
To było sześć miesięcy temu.
Sprzedałam mieszkanie w Seattle. Przeprowadziłam się do różowego domu. Zaczęłam wszystko od nowa.
Poniedziałkowa grupa zawsze przychodzi. W każdy poniedziałek. W południe. Robię lunch. Jemy przy stole mojej mamy. Potem udają, że mają coś do zrobienia, mimo że lista jest długa.
Nie mają nic do naprawienia. Potrzebują tylko miejsca, do którego mogliby pójść w poniedziałki. A ja ich tam potrzebuję.
Kiedy jest zimno, żona Eddiego, Maria, przynosi niebieską kołdrę. Owijamy ją ramionami na ganku i obserwujemy motocyklistów kłócących się o najlepszy sposób przycinania róż.
Walt piecze ciasto. Przepis mojej mamy. Mrożone masło i łyżka wódki. Jest prawie tak dobre jak jego.
Mówi, że moje kiedyś będzie lepsze. Nie jestem tego taka pewna. Ale się uczę.
Dzieciaki z sąsiedztwa kradną pomidory z ogródka. Udaję, że nic się nie dzieje.
Ludzie przejeżdżają obok i gapią się na dom. Jaskraworóżowy dom otoczony beżowymi i białymi domami. Niektórzy kręcą głowami. Inni się uśmiechają.