Deszcz padał nieubłaganie na kamienne ulice San Miguel de Allende, uderzając w stare brukowane kamienie w rytmie, który wydawał się niemal celowy, jakby niebo pukało, domagając się, by je usłyszano.
Woda płynęła wąskimi rynnami, niosąc ze sobą kurz, płatki kwiatów i fragmenty dnia, który nie chciał pozostać całością.
Z tylnego siedzenia czarnego, opancerzonego SUV-a Diego Salazar obserwował to wszystko przez przyciemniane szyby. Cienkie strużki spływały po szybie, zniekształcając kolonialne fasady na zewnątrz, zakrzywiając rzeczywistość w coś łagodniejszego, smutniejszego. W wieku trzydziestu sześciu lat Diego posiadał więcej, niż większość mężczyzn śmiałaby sobie wymarzyć – serwery, patenty, firmy rozsiane po kontynentach. Mógł kupić czas, ciszę, wpływy.
Ale była jedna rzecz, której pieniądze nigdy mu nie zwróciły.
Strata pozostawia po sobie wyraźny ślad. Niewidoczny, ale nie do pomylenia. Żyła w jego oczach, w tym, jak jego wzrok zbyt długo zatrzymywał się na obcych, w tym, jak ściskało mu się serce, gdy widział śmiejące się młode pary, gdy mijał place zabaw, gdy ktoś wymieniał imiona, których już nie słyszał.