Promenada, na której jego świat zaczął blaknąć
Harlan Wexley poruszał się tak, jak człowiek, gdy grunt przestał być godny zaufania, nie dlatego, że nogi mu osłabły, ale dlatego, że jego oczy zaczęły go okłamywać drobnymi, przerażającymi sposobami, najpierw zamieniając krawędzie znaków drogowych w miękkie smugi, a potem wysysając kolor ze znanych miejsc, aż nawet ocean wyglądał jak matowa blacha w świetle dziennym. Wybrał to ciche nadmorskie miasteczko na wybrzeżu Oregonu, ponieważ wydawało mu się ono czystym zwieńczeniem głośnej kariery, miejscem, gdzie mógł odejść od sal konferencyjnych i premier produktów i pozwolić słonemu powietrzu zrobić to, co zawsze dla niego robiło – spowolnić jego myśli. Jednak ostatnio nawet najprostszy spacer po promenadzie stał się negocjacją między dumą a strachem.
U jego boku siedziała jego żona, Marina, która trzymała jego przedramię z ostrożną czułością, która każdemu, kto ją obserwował, wydawała się pełna miłości, choć Harlan zaczął zauważać, że jej palce zawsze były ułożone w ten sam sposób, jakby ćwiczyła chwyt przed lustrem.
„Spokojnie, kochanie” – powiedziała ciepłym, słodkim głosem. „Deski są tutaj nierówne”.