Kilka dni później spotkałem Callę na parkingu kościelnym, daleko od domu. Wysiadła z samochodu, wyglądając na starą i zmęczoną, ale nic z tego nie umniejszało powagi jej czynu. Próbowała się usprawiedliwić, mówiąc, że myślała, że dzieci dorosną i że mogę zapewnić im dom, którego ona nie była w stanie zapewnić. Powiedziałem jej wprost, że nie może zamienić porzucenia w poświęcenie. Nie dość, że porzuciła dziesięcioro dzieci, to jeszcze jedno z nich wychowała tak, by przez lata kontynuowało jej kłamstwo. Kiedy zapytałem ją, dlaczego najpierw skontaktowała się z Marą, przyznała, że wiedziała, że Mara może zareagować. To wszystko mi powiedziało. Wróciła prosto do dziecka, które już wcześniej gnębiła.
Po powrocie do domu usiadłem z Marą i powiedziałem jej, że nie musi już ponosić odpowiedzialności za decyzje matki. Później, z pomocą prawnika, zebrałem wszystkie dzieci i powiedziałem im prawdę tak delikatnie, jak to tylko możliwe. Powiedziałem im, że ich matka dawno temu podjęła straszną decyzję. Powiedziałem im, że dorośli mogą popełniać błędy, dorośli mogą odejść i dorośli mogą podejmować samolubne decyzje, ale nic z tego nie jest winą dziecka. Wyjaśniłem też jedno: Mara była dzieckiem i poproszono ją o ochronę kłamstwa, które nie było jej kłamstwem. Nikt nie powinien jej winić.
Dzieci reagowały na różne sposoby: bólem, zagubieniem, gniewem, milczeniem, ale najważniejsze było to, że zwróciły się ku Mary, a nie od niej. Jedno po drugim podchodziły do niej, przytulały ją i bez słowa przypominały jej, że wciąż jest ich córką. Później, kiedy Mara zapytała mnie, co ma powiedzieć, gdyby Calla wróciła i poprosiła, żeby znów zostać ich matką, powiedziałam jej prawdę. Calla je urodziła, ale ja je wychowałam. I w tym momencie wszyscy wiedzieliśmy, że nie są już tacy sami.
Zostałem opiekunem 10 dzieci mojej zmarłej dziewczyny. Kilka lat później moje najstarsze dziecko spojrzało na mnie i powiedziało: „Tato, w końcu jestem gotowy, żeby ci powiedzieć, co naprawdę stało się z mamą”.