Zamiast tego podszedł do niej i powiedział z szczerością ulicznika:
—Twoje oczy nie są uszkodzone. Jest coś na zewnątrz, co uniemożliwia ci widzenie.
Ricardo się obraził.
Myślałeś, że biedny ananas wie więcej niż chirurdzy z Harvardu? Absurd.
Ale Mateo wziął dłoń Sofii i przysunął ją do swojej twarzy. Położyła swoje małe, brudne palce na jego policzkach.
Z takim spokojem, że Ricardo zmroził się do szpiku kości, wsunął paznokieć pod powiekę Mateo.
„Natychmiast zabierzcie mu ręce z góry!” krzyknął Ricardo.
Ale Sofia była szybsza.
Szybkim ruchem wyciągnął coś z zagłębienia oka Mateo...
To nie była łza.
To nie był ląd.
To było coś żywego: ciemnego, błyszczącego i poruszającego się w jego dłoni.
Ricardo zbladł.
Musisz zobaczyć, co to było, jak się tam znalazło i dlaczego który lekarz to zauważył. Prawda jest przerażająca i zapiera dech w piersiach.
Przedmiot, który trzymała Sofia, nie był stworzeniem.
Był wielkości paznokcia, z czarną skorupką, która odbijała światło jak olej na wodzie. Wyglądał jak kleszcz… ale jego kształt był zbyt idealny, zbyt geometryczny.
On się wił.
Mateo nie widział tego, ale czuł. Nie w oku, ale za czołem… jakby nagle zdarło mu emocjonalną ranę, którą nosił w sobie od dzieciństwa.
Ricardo ze swojej strony pozostał nieruchomy, sparaliżowany strachem i niedowierzaniem.
„Ochrona! Trzymajcie tę dziewczynę!” krzyknął w końcu.
Sofia nawet nie mrugnęła. Spokojnie otworzyła dłoń.
Malutkie, ciemne stworzenie, suszące się już na słońcu, wydało ostry, prawie niesłyszalny krzyk.
A potem skoczył.
Nie w stronę Ricarda… ale prosto na marmurową podłogę.
„Nie nadepnij na to” – ostrzegła surowo Sofia. „Jeśli zmiażdżysz to tutaj, zarodniki się uaktywnią. Wybuchnie”.
Ricardo natychmiast się zatrzymał. Strażnicy stali kilka metrów dalej.
Stworzenie zaczęło poruszać się z nadprzyrodzoną prędkością, przesuwając się w stronę cienia rzucanego przez pióro ogonowe, w poszukiwaniu ciemności.
„Co to, do cholery, jest?” – wykrztusił Ricardo.
—Nocturpo — odpowiedziała Sofia, obserwując ciemny ślad, który za sobą zostawił. — Żyje tam, gdzie światło zostało siłą zgaszone.
Wtedy Mateo przemówił. Niewidomy chłopiec był jedynym, który myślał jasno.
„To nie jedyne” – powiedział ochrypłym głosem. „Drugie oko mnie piecze. Jak cień światła”.
Uświadomienie sobie tego faktu uderzyło Ricarda jak grom z jasnego nieba. Skoro był jeden pasożyt… musiał być i drugi.
Sofia podbiegła do fortepianu, uklękła i uważnie wpatrywała się w mały otwór tuż przy jego podstawie.
„Był siusiu” – wyszeptała. „Był tylko odkrywcą siusiu. A jego zadaniem było ukraść ci wzrok”.
Ricardo poczuł głęboki, lodowaty dreszcz.
— Więc… na czym polegała twoja praca?
„Chroń to, czego nie chciałeś widzieć” – odpowiedziała Sofia, wskazując na dziurę w ścianie. „A teraz on już wie. Obudźmy ich wszystkich”.
Ricardo nie miał wątpliwości. Dziewczyna mogła być czarownicą… albo czymś gorszym, ale tylko ona rozumiała, co się dzieje.
„Wyjmij tego drugiego” – powiedział spokojnie Mateo, wyciągając rękę. „Ufam ci”.
Tym razem Ricardo ją powstrzymał.
Sofia powtórzyła ten sam precyzyjny i przerażający ruch.
Z lewego oka Mateo narysował kolejnego Nocturpo: większego, ciemniejszego, błyszczał.
Nie skoczył. Pozostał nieruchomo oparty na dłoni, jakby czekał na rozkazy.
Nagle Sofia krzyknęła… tak, …