Powiedział mi, że kolejny bałwan został zniszczony. Potem spojrzał na mnie i powiedział: „Nie musisz już z nim rozmawiać”.
Zapytałem, co miał na myśli.
„Mam plan” – powiedział. „Nikomu nie zaszkodzi. Obiecuję”.
Założyłem, że to znak. Albo znak graniczny. Coś niegroźnego i dziecinnego.
Następnego dnia obserwowałem przez okno, jak lepi bałwana większego od pozostałych – szerokiego, solidnego, starannie ustawionego na skraju trawnika, gdzie trawa stykała się z ulicą. Zauważyłem błyski czerwieni pod śniegiem, ale byłem zajęty obiadem i nie przywiązywałem do tego większej wagi.
Tego wieczoru dźwięk przerwał ciszę.
Głośny huk.
Krzyk.
A potem nieomylny ryk rwącej wody.
Pobiegliśmy do okna.
Samochód naszego sąsiada stał krzywo przy krawężniku. Hydrant przeciwpożarowy – niegdyś ukryty pod śniegiem – został uszkodzony, wyrzucając strumień wody w powietrze i zalewając ulicę. Bałwan stał – a raczej runął – wokół niego, wyraźnie wyznaczając granicę, której nigdy nie powinno się przekraczać.